piątek, 16 sierpnia 2019

Dzikie pragnienie. Bracia Warner. Tom 1 - Jay Crownover

Okładka książki Dzikie pragnienie 
Tytuł: Dzikie pragnienie
Cykl/Seria: Bracia Warner #1
Autor: Jay Crownover
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 368
Oprawa: miękka 

Opis
 
Załamana po burzliwym rozstaniu Leo daje się namówić przyjaciółce na szaloną wycieczkę za miasto. Pobyt na ranczu blisko natury jest tym, czego teraz potrzebuje.


Nikt jej jednak nie ostrzegł, że będzie miała do czynienia nie tylko z żywiołami ziemi, ale także z niemożliwym do zniesienia, lecz zachwycająco silnym i seksownym przewodnikiem. Wyprawa w nieznane przeradza się w walkę o życie i… serce.


Zazwyczaj Leo jest specjalistką od uciekania przed własnymi uczuciami, ale w obliczu prawdziwego zagrożenia okazuje się, że wcale nie jest dziewczyną, która łatwo się poddaje.

Wielka miłość na Dzikim Zachodzie 

Ileż to razy oglądałam westerny w których faceci byli mega przystojni i byli prawdziwymi facetami, którzy strzelali do siebie wzajemnie, ale wiedzieli też, że dobro zwycięża. Często pojawiała się także kobieta, piękna, uwodzicielska i najpewniej było w niej zakochanych kilka mężczyzn. Bardzo mi się takie filmy podobały, więc nie dziwcie się, że sięgnęłam po książkę, gdzie na jej okładce widniał napis: Ognista miłość na Dzikim Zachodzie. No, większej zachęty do przeczytania lektury chyba nie potrafiłabym znaleźć. W sumie nie wiedziałam czego mogę się tak do końca spodziewać, lecz podejrzewałam, iż mam tutaj do czynienia z typową książką dla kobiet. Na lato, wypoczynek i po prostu totalne lenistwo idealna! 
Dzikie pragnienie otwiera cykl Bracia Warner. Nie czytałam żadnej książki Jay Crownover, ale zachęcona pozytywnymi opiniami niniejszego dzieła, koniec końców się skusiłam i wcale podjętej decyzji nie żałuję. 

Bohaterka książki, Leo, jest piękna, ale nieco denerwująca. Autorka zapewnia nas jednak, że ma to pewne usprawiedliwienie. Leo została skrzywdzona i jej karygodne zachowanie, to po prostu ochronna skorupa. Tak też było, bo po jakimś czasie przekonałam się do tej postaci i już nie miałam ochoty zepchnąć jej z wysokiej skały. Zdecydowanie bardziej spodobała mi się kreacja faceta, Cyrusa. Może nie jest kowbojem, strzelającym ołowianymi kulami na prawo i lewo, ale i tak mi zaimponował. Cyrus to bardzo złożona postać, którą z największą przyjemnością obserwowałam. W książce oczywiście jest miłość i wielkie uczucie, jednakże nie jest to jakoś mocno polukrowane i przesłodzone do granic możliwości. Może ten wybuch uczuć pomiędzy bohaterami zdarzył się zbyt szybko, ale nie przesadzajmy - są przecież takie sytuacje. 

Technicznie

Nie żebym była jakoś specjalnie czepliwa, ale okładka jakoś nie przypadła mi do gustu. Może ten facet mi tutaj przeszkadza i rozprasza, nie wiem. Jednak nie każdemu ona się musi podobać, każdy z nas ma swoje zdanie. 
Książkę czyta się szybko i lekko, lecz co zauważyłam, autorka przesadziła chyba z długimi, a właściwie za długimi opisami. Dialogów jest tutaj raczej mało, co czytelnicy lubiący akcję, mogą nie przyjąć z uśmiechem na ustach. Zawsze to lepiej poznawać treść, kiedy pomiędzy bohaterami jakiś ten dialog istnieje. Rozdziały też są opasłe, więc to trochę męczyło, w szczególności już po połowie książki. Na szczęście cała akcja jest udana, Dzikie pragnienie czyta się z zaciekawieniem. Narratorką powieści jest sama Leo i to z jej perspektywy poznajemy wszystkie wydarzenia. Nie powiem, autorka oddała klimat tamtejszego miejsca. Aż chciałoby się wyruszyć na takie ranczo, otoczone naturą, wypełnione ciszą i spokojem. Oczywiście nie będzie w tej książce tylko sielanki. Jay Crownover przygotowała sporo niespodzianek, których nawet się nie spodziewałam i nie byłam na nie przygotowana. Jest co czytać :)

Podsumowując

 Dzikie pragnienie to przyjemna, aczkolwiek nie pozbawiona wad książka, którą w ostateczności mogę wam polecić. Nie ma tutaj rażących błędów autorki, sama historia jest świetna w odbiorze. No, dobra, tych kowbojów też nie znajdziecie, są jednak wyraziści, odpowiednio przedstawieni bohaterowie, których można polubić, a jeśli nie polubić, to przynajmniej wyrobić sobie na ich temat odpowiednie zdanie. Tak jak wspominałam, mnie urzekł Cyrus, ale wy przykładowo możecie lepiej odebrać Leo. Każda z tych postaci ma coś do zaoferowania i nikt nie znalazł się tutaj przypadkowo. I pomimo tego, że pomiędzy tą dwójką zbyt szybko pojawiło się uczucie, zdecydowanie każdy z nich posiadał dar do szybkiego zwierzania się, to i tak wątek romantyczny śledziłam z wypiekami na policzkach. Ot, może tak prosto mnie zadowolić. Trudno, nie należę do wymagających osób, jednakże jeśli coś mi nie pasuję, otwarcie o tym mówię czy piszę.

Dzikie pragnienie to książka pasująca do wakacyjnego klimatu. Nie zrujnuje waszego umysłu, spędzicie przy niej kilka przyjemnych chwil. Ja czekam na kontynuację serii, bo zapowiada się naprawdę ciekawie. Wiem, kto w niej wystąpi, więc okazji do ponownego spotkania się ze znanymi mi bohaterami, nie mogłabym przegapić. Także jeśli lubicie romantyczne historie i chcecie się zrelaksować przy jakiejś książce, to gorąco polecam wam właśnie niniejszy bestseller. 

Za egzemplarz dziękuję księgarni TaniaKsiazka.pl

 

czwartek, 15 sierpnia 2019

Pierwsze słowo - Marta Kisiel

Okładka książki Pierwsze słowo 
Autor: Marta Kisiel
Wydawnictwo: Uroboros
Liczba stron: 319
Oprawa: miękka

Opis

 Pewnej nocy do jednej zamkowej celi trafia trzech morderców carów, a każdy z nich słuszny i jedyny. Wallenrod, Winkelried i Wawrzyniec, namaszczony może nie pośród królewskiego truchła w kościelnych podziemiach, ale przecież też w podziemiach... gorzelni.
Stanisław Kozik nieoczekiwanie dla siebie znajduje się w odmiennym stanie żywotności. Sokółek zamienia się w słup soli w pewnym rozkosznie fikuśnym przedsiębiorstwie. A Oda Kręciszewska w dniu pogrzebu w lustrze dostrzega wąsik swojej matki, co prowadzi ją do podjęcia pewnych niezbyt przemyślanych, ale całkiem udanych życiowych decyzji.
W tym tomie opowiadań nie brakuje też postaci już czytelnikom znanych, jak choćby pewnego pisarza o wyglądzie zmiętego muszkietera i jego prywatnego anioła. W bamboszkach.
Czasem dowcipnie, innym razem mrocznie. Zawsze klimatycznie i z wielką klasą. Czy to zamtuz, czy biuro komisji przyznającej Certyfikat Międzynarodowej Jakości Fantastycznej, czy carski zamek, a może tonące we mgle zaułki miasta – Marta Kisiel udowadnia, że jej wyobraźnia (podobnie jak poczucie humoru) nie ma żadnych granic.

Pomieszanie z poplątaniem ;) 

Pamiętajcie jak przy recenzji książki Nomen Omen pisałam wam, że muszę nadrobić zaległości w twórczości Marty Kisiel? A że nie lubię rzucać słów na wiatr, wykonałam w pewnym sensie to, co wcześniej zaplanowałam. Sięgnęłam po książkę, która bardzo mnie zaintrygowała. I może nie tyle tytułem, co okładką. Zanim jednak opowiem wam o swoich wrażeniach dotyczących przykładowo obwoluty, czas skupić się na wnętrzu dzieła. Marta Kisiel jest znaną twórczynią w świecie fantastyki, więc dla znawców tematu, akurat ta recenzja nie będzie szczególnym zaskoczeniem. Ja również byłam przygotowana na to, co znajdę we wnętrzu tego egzemplarza, lecz sami doskonale wiecie, że z jakością książek bywa różnie. Tutaj obawiałam się, czy forma całego czytadła skradnie moje serducho, czy będzie raczej prawdziwą męczarnią i karą za grzechy. Moje obawy okazały się być jednak bezpodstawne - Pierwsze słowo czytało mi się po prostu wspaniale. I chociaż byłam zaskoczona samą formą książki i nie liczyłam nawet na coś tak szalonego, to uwierzcie mi, wielbiciele pióra Marty Kisiel mogą czuć się spokojni, a przede wszystkim usatysfakcjonowani. 

Pierwsze słowo to właściwie taki zbiór różnorodnych opowiadań. Czasem są one tak pokręcone, tak dziwaczne, że aż genialne. Jest ich aż jedenaście i poszczególne były publikowane już w różnych antologiach, a część oczywiście jest nowa i świeżutka. Tematyka tych opowiadań jest naprawdę różnorodna. Nie ukrywam, że nad sporą częścią tych utworów należy się porządnie zastanowić, by zrozumieć ich sens. Ja to lubię i kupuję bez żadnego wahania. Zbiór otwiera opowiadanie prześmiewające nieco rynek pracy - ten nasz, ale i obecny w świecie fantasy. Równie humorystycznie jest w utworze Nawiedziny. Pierwsze słowo to nie tylko uśmiechanie się podczas lektury, bowiem autorka pomyślała i o mroczniejszych opowiadaniach. Mnie do gustu przypadło najmocniej
Katábasis.Tytułowe Pierwsze słowo też wybija w fotel i jeszcze po zakończeniu lektury, mocno siedzi w głowie czytelnika.

Technicznie

Okładka książki Marty Kisiel jest magiczna i po prostu boska. Nie mogłam przestać się w nią wpatrywać, bo ciągle gdzieś przykuwała mój wzrok. Pasuje idealnie do samej powieści, ale i nie zdradza zbyt wiele. 
Jeśli chodzi o opowiadania, to tak jak wspominałam, pisane są one w różnym stylu, wywołują różne emocje. Wyobraźcie sobie, że autorka od razu na wstępie zaznacza, iż nie potrafi pisać opowiadań. Ja jednak twierdzę inaczej, bo jej zbiór, jak na taki debiut, wypadł fantastycznie. Styl Marty Kisiel jest uzależniony od danego utworu. Wiadomo, że inaczej pisze się opowiadanie humorystyczne, a inaczej takie, które ma zaskoczyć czytelnika swą mrocznością. Wyobraźnię ma naprawdę przebogatą i aż zazdroszczę pani Marcie tylu pomysłów! W jej opowiadaniach ciągle coś się dzieje, autorka nie boi się opisywać problemów aktualnych we współczesnym świecie. W tym zbiorze pojawia się problem samotności, niezrozumienia, braku akceptacji, wyścigu szczurów. Naprawdę, jest co czytać i podziwiać. Ja nie jestem fanką zbioru opowiadań, ale dla tak świetnie przemyślanej i skonstruowanej książki, można zrobić wyjątek.

Podsumowując

Pierwsze słowo to coś innego, coś, co czyta się lekko i przyjemnie, lecz z prawdziwym zaangażowaniem. Nie wszystkie opowiadania są bez skazy, idealne i dopracowane w najmniejszym, najdrobniejszym calu. Były takie, dokładnie trzy, które niestety mnie nudziły, ale reszta... prawdziwy majstersztyk. O Marcie Kisiel słyszałam opinie różne, ale większość należy do pozytywnych. Ja sama jestem od jakiegoś czasu fanką autorki i z przyjemnością sięgnę po każdą książkę, która wyjdzie spod jej pióra. Pierwsze słowo przypadnie do gustu nie tylko wielbicielom fantastyki, ale każdemu, kto ma już dość tradycyjnych obyczajówek, thrillerów i podobnych im dzieł. Już pierwsze opowiadanie uświadamia nam, że mamy do czynienia z oryginalnym, zaskakującym zbiorem utworów. Dalej jest tylko lepiej...

środa, 14 sierpnia 2019

Sekrety letniego ogrodu - Hannah Richell

Okładka książki Sekrety letniego ogrodu 
Autor: Hannah Richell
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 422
Oprawa: miękka 

Opis

 Opowieść o zakazanej miłości i rodzinnych tajemnicach bestsellerowej autorki "Domu na szczycie klifu”

Pełna sekretów posiadłość, która skrywa mroczne rodzinne tajemnice.
Dwie historie, które dzieli sześćdziesiąt lat.
Dwie kobiety, których losy są splecione na zawsze.

Imponującą rezydencję Lillian i Charlesa wypełniają bezcenne dzieła sztuki. Jednak dwudziestosześcioletnia kobieta czuje się tylko ozdobą kolekcji męża. Pojawienie się w ich posiadłości charyzmatycznego artysty sprawia, że świat Lillian wywraca się do góry nogami.

Jedyne, czego pragnie Maggie Oberon po zerwanych zaręczynach, to ucieczka na drugi koniec świata. Wiadomość o chorobie ukochanej babci Lillian każe jej jednak przyjechać do Cloudesley. Niegdyś budząca zachwyt, dziś popadająca w ruinę posiadłość budzi przerażenie Maggie. Próbując ratować rodzinny majątek, odkrywa sekrety, które na zawsze mogą odmienić jej życie.

Miłość i tajemnice w starej rezydencji Cloudesley 

W dzisiejszy deszczowy dzień, chciałam wam przedstawić książkę, która towarzyszyła mi przez kilka wieczorów. W sumie mogłabym ją przeczytać znacznie szybciej, ale nie chciałam się spieszyć. Niby jest to obyczajówka, niespecjalnie skomplikowana, (tak by się mogło wydawać), więc i jej poznanie nie powinno zbytnio wysilić mojego umysłu. Nic bardziej mylnego! Tak zaskakujące, przepełnione prawdą książki mogłabym czytać non stop. Nigdy wcześniej nie poznałam żadnej powieści Hannah Richell, więc Sekrety letniego ogrodu u mnie akurat debiutowały. Swoją drogą, w świecie obyczajówek trudno dziś być oryginalnym. Wszak mnóstwo tematów, spraw zostało już poruszonych, opisanych. Sporo pomysłów na historię się powtarza, co nie ukrywam, strasznie mnie denerwuje. Tym razem jednak autorka totalnie mnie zaskoczyła. Niby nie ma w tej książce jakichś fantastycznych zdarzeń, wymyślnych postaci, lecz jest za to prawda, wyraziste osobowości i prowadzona porządnie akcja. 

Cloudesley to stara, zaniedbana rezydencja, która lata świetności ma już za sobą. Wcześniej to miejsce było świadkiem dramatycznych wydarzeń, rodzących się uczuć. To posiadłość przepełniona tajemnicami, które pochowały się gdzieś po kątach i tylko czekają na odkrycie. Taki klimat książki odpowiadał mi i to jak! Zakochałam się w tym miejscu na zabój i z zapartym tchem odkrywałam wspólnie z bohaterami kolejne sekrety. W Cloudesley dosłownie czuć ducha przeszłości, a to niecodzienne, nieco dziwaczne wrażenie, udziela się nawet czytelnikowi. Tak, ja do dziś mam wrażenie, że Cloudesley istnieje naprawdę. 

Technicznie

Akcja powieści prowadzona jest w sposób ciekawy i mnie odpowiadający. Mamy bowiem możliwość poznawać wydarzenia na dwóch perspektywach czasowych. Z jednej strony obserwujemy życie młodej i ślicznej Lillian. Dziewczyna poślubia bogatego Charlesa Oberona i wprowadza się do pięknej rezydencji Cloudesley. Z drugiej strony poznajemy Maggie, wnuczkę Lillian, która się nią opiekuje. Maggie to taka artystka o bogatej przeszłości. Zamierza jednak przywrócić rezydencji jej dawny urok. Wszak to rodzinna spuścizna.

Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie, w czasie teraźniejszym, co na początku troszkę mnie zdziwiło i nie komponowało się z klimatem powieści. Potem się przyzwyczaiłam, lecz uważam, że lepiej pasowałby tutaj czas przeszły. Niemniej, klimat powieści mnie oczarował, tak samo jak przecudowna, przeurocza okładka. Wszystko tutaj do siebie pasuje. Autorka posługuje się prostym językiem, który nie jest przesadzony, infantylny. 

Podsumowując   

Sądząc po uroczej okładce, można by było się spodziewać cukierkowej, sielankowej książki dla kobiet, która pewnie niespecjalnie zapadnie w pamięć i będzie tylko kolejną obyczajówką na liczniku. A tutaj takie zaskoczenie! Sekrety letniego ogrodu to piękna opowieść o życiu, uczuciach i normalnych ludziach - takich jak my sami. Bohaterowie książki Hannah Richell nie należą do herosów, postaci z nadprzyrodzonymi zdolnościami. Mają bowiem swoje problemy, zmartwienia i troski. Przeżywają i chwile radości, spokoju, kochają się, zakładają rodziny. Bardzo spodobały mi się kobiece role: Lillian i Maggie. Ta pierwsza pomimo tego, że miała mnóstwo pieniędzy, żyła w dostatku, niczego jej nie brakowało, czuła się samotna. Dopiero pojawienie się malarza Jacka odmieniło jej życie do tego stopnia, że wreszcie zrozumiała czego jej tak naprawdę brakowało. Maggie to młoda, ale doświadczona przez los dziewczyna, która nade wszystko chce pomóc babci i uratować piękną rezydencję. Jednocześnie odkrywa drzemiące w tym miejscu tajemnice i sekrety...

 Bestseller Hannah Richell czyta się z największą przyjemnością i uwagą. Jest tutaj miejsce na uśmiech, ale i szczere łzy. Lubię takie wartościowe, mądre obyczajówki, które nie są kolejną "zapchaj dziurą" na rynku wydawniczym. Jeśli więc macie chwilę czasu na urlopie, to gorąco polecam wam Sekrety letniego ogrodu

Za egzemplarz dziękuję księgarni TaniaKsiazka.pl


środa, 7 sierpnia 2019

„Leonardo da Vinci” – wyjątkowy portret artysty w wersji audio

Nakładem wydawnictwa Insignis ukazał się  audiobook bestsellerowej biografii „Leonardo da Vinci”. Posłuchaj niezwykłej historii geniusza, wizjonera, wyprzedzającego swoją epokę inżyniera i naukowca, a zarazem – zwykłego człowieka, pełnego słabości niespokojnego ducha, outsidera. Świetnej interpretacji dzieła Waltera Isaacsona dokonał Filip Kosior.


Posłuchaj próbki audiobooka już teraz:
https://youtu.be/DI5Nn857d8s

Walter Isaacson to ceniony amerykański pisarz i dziennikarz, autor takich bestsellerowych książek jak słynna biografia Steve’a Jobsa czy napisana z rozmachem rzecz o historii i rozwoju branży komputerowej, czyli „Innowatorzy”. Jego „Leonardo da Vinci” jest świetnie napisany i tak bardzo ludzko ukazuje jednego z największych artystów wszech czasów, człowieka niekryjącego się ze swoją orientacją, nieślubnego dziecka i wegetarianina. Isaacson bazuje na najnowszych odkryciach oraz notatkach samego Leonarda i znakomicie oddaje ducha epoki oraz postać twórcy. 

Audiobook „Leonardo da Vinci” – już od 30 lipca do kupienia m.in. na Audioteka.pl oraz w księgarni Virtualo.

A moją recenzję książki Leonardo da Vinci znajdziecie tutaj

wtorek, 6 sierpnia 2019

Nomen Omen - Marta Kisiel

Okładka książki Nomen omen 
Tytuł: Nomen Omen
Autor: Marta Kisiel
Wydawnictwo: Uroboros
Liczba stron: 336
Oprawa: miękka

Opis

 Salomea Przygoda ucieka od zwariowanej rodziny, chcąc rozpocząć samodzielne życie. Gdy okazuje się, że jej stancja przypomina posiadłość z filmów grozy klasy B, prowadzona jest przez siostry w dość podeszłym wieku i papugę, a w telefonie słychać głosy, Salka zaczyna zastanawiać się, czy to aby na pewno był dobry pomysł. Pojawienie się młodszego brata jedynie komplikuje i tak niełatwą już sytuację – zwłaszcza, gdy pewnego dnia próbuje utopić siostrę w Odrze...

Nasz Pratchett 

Są książki, które już tytułem przywołują mnie i przyciągają niczym magnes. Nie mniej mocno działa na mnie intrygujący opis na okładce, a w przypadku powieści Nomen Omen, tak właśnie było. Z twórczością Marty Kisiel nigdy wcześniej się nie spotkałam, więc w sumie nie wiedziałam i nawet nie miałam bladego pojęcia, co tak naprawdę czeka mnie na kartach książki. Opinie na temat Nomen Omen czytałam różne... Jedne były bardzo pozytywne, natomiast inne, totalnie miażdżące powieść na jej niekorzyść. Jednak na skrzydełku książki przeczytałam zdanie, które koniec końców było dla mnie motywacją do sięgnięcia po dzieło Marty Kisiel. Nasza autorka została porównana do Terry'ego Pratchett'a, którego nota bene, uwielbiam. Nie pozostało mi nic innego, jak zasiąść wygodnie w fotelu i rozkoszować się nową lekturą. Wszak człowiek przecież nic nie traci, a może tylko zyskać kolejnego, ulubionego twórcę. Ja bardzo lubię takie niespodzianki.  

Książka opowiada o młodej dziewczynie, pojawiającej się w dosyć dziwacznym miejscu. Salomea miała nadzieję na odmianę swojego życia. I może tak się stało, ale czy teraz jej sytuacja wygląda lepiej? Dziewczyna trafia do hotelu prowadzonego przez starsze kobiety. Mało tego, miejsce to jest strasznie dziwaczne i aż wypełnione tajemnicami. Funkcjonowania w nowym miejscu nie ułatwia pojawienie się jej brata. Muszę przyznać, że ta historia totalnie mnie zaciekawiła i non stop zadziwiała. Na samym początku akcja może nie należy do najszybszych, opowieść nieco się wlecze, lecz później znacznie nabiera tempa. Wszystko rozgrywa się w naszym pięknym Wrocławiu, lecz Marta Kisiel nie zaprezentowała miasta w sposób zwyczajny. Mało tego, pojawiają się duchy, więc ja mogę być tylko zadowolona z takiego "dodatku" do powieści. 

Technicznie

Wspominałam wam już o akcji, ale nie pisałam nic o bohaterach. To oni wykonują tutaj fantastyczną robotę. Wyobraźcie sobie, że nawet nie śledziłam tak mocno całych wydarzeń, jak skupiałam się na poszczególnych postaciach występujących w książce. Co myślą, dlaczego tak postępują, jak zachowają się teraz... Marta Kisiel każdą z tych osobistości wykreowała w sposób idealny. Nie powieliła żadnych stereotypów, stworzyła swój styl i swoich oryginalnych bohaterów. Nie można ich scharakteryzować jednym zdaniem, ponieważ są zbyt barwni i skomplikowani, aczkolwiek nikt nie znalazł się w tej historii przypadkiem. Każdy ma swoją misję do wykonania, żaden nie został wepchnięty na siłę. Naturalnie prym wiedzie Salomea, ale i jej braciszek to ciekawa postać.

Autorka wypracowała swój styl, który jednym się podoba, a znów inni nie są go w stanie zaakceptować. Ja z pewnością mogę zaliczyć się do grupy pierwszej. I chociaż jest to moja pierwsza książka pani Marty, jestem przekonana, że nie będzie ona tą ostatnią. Faktycznie czuć tutaj ducha Pratchetta, ale nie jest on w żaden sposób małpowany przez naszą pisarkę. Uff... i całe szczęście!

Podsumowując

Nomen Omen to niebanalna, zaskakująca i wciągająca opowieść dla czytelnika w każdym wieku. Jest nawet sporo dobrego humoru, a akurat tego się tutaj nie spodziewałam. Jeśli jesteście fanami fantastyki, to z tej lektury powinniście być tylko zadowoleni. To historia, która nie ma w sobie nic z ckliwych, miłosnych i naiwnych opowiastek dla nastolatków. Jest to natomiast powieść z pazurem, jakich powinno być znacznie więcej na naszym rynku wydawniczym. Nomen Omen odciągnął mnie od codzienności, od pracy i zwyczajności. To książka która potrafi zrelaksować, a nie zanudzić czytelnika na śmierć. Musicie być jednak fanami gatunku i zrozumieć zamysł autorki. Warto też nie traktować wszystkiego poważnie, bo czasem przydaje się delikatny dystans ;) 

I sprawisz, że wrócę do prochu - Ambrose Parry

Okładka książki I sprawisz, że wrócę do prochu 
Autor: Ambrose Parry
Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
Liczba stron: 480
Oprawa: miękka

Opis

 Edynburg, 1847. Miasto medycyny, mamony i morderstw.
Na Starym Mieście giną młode kobiety, które spotyka makabryczna śmierć. Na drugim krańcu miasta student medycyny Will Raven rozpoczyna asystenturę u znanego i błyskotliwego doktora Simpsona.

Pacjenci Simpsona wywodzą się z najbogatszych i najuboższych kręgów podzielonego miasta. Dom lekarza jest nietypowy, odwiedzają go luminarze i prowadzi się tam śmiałe eksperymenty z nowej dziedziny medycznej, jaką jest anestezja. W domu tym Raven poznaje Sarę Fisher, pokojówkę i pielęgniarkę obdarzoną intuicją, która uniemożliwia jej przychylne traktowanie przybysza. Sara jest równie inteligentna jak Raven, ale nie cieszy się takimi jak on przywilejami i nie może studiować medycyny.

Każde z nich ma własne powody, by przyjrzeć się dokładniej podejrzanym zgonom w mieście, więc chcąc nie chcąc, zagłębiają się razem w mroczny półświatek Edynburga. Będą musieli pokonać dzielące ich różnice, aby wydostać się stamtąd żywi.

Mroczna, pełna tajemnic 

Nie, czegoś takiego nie mogłam przegapić i przejść po prostu obojętnie. Tytuł książki tak mocno mnie zaintrygował, że dostrzegłam ją już w zapowiedziach wydawnictwa i momentalnie zapragnęłam przeczytać. Ostatnio mam jakiegoś fioła na thrillery i mocniejsze powieści. W sumie wakacje jakoś nie wpływają na wybieranie podobnych dzieł, ale ja jak zawsze muszę postępować na odwrót. Cóż, najważniejsze, że udało mi się przeczytać książkę Ambrose Parry o intrygującym, tajemniczym i nieco dziwacznym tytule. I sprawisz, że wrócę do prochu może i nie zaskoczy starych wyjadaczy ze świata kryminału. Ten, kto czyta non stop podobne pozycje literackie pewnie powie - Phi, toż nie ma tutaj niczego specjalnego. Ja jednak jestem zachwycona całym pomysłem na książkę i przeprowadzoną akcją. Edynburg w XIX wieku według mnie wypadł tutaj bardzo realnie, bardzo przerażająco - jak dla moich nerwów. Tak w sumie teraz sobie myślę, że dobrze jest jak jest, że nie mieszkam w owym mieście w tamtym czasie. Nie, kobiety w wiktoriańskim Edynburgu, przedstawionym na kartach książki I sprawisz, że wrócę do prochu nie miały łatwego życia. Autorski duet znakomicie oddał klimat tamtejszego miejsca: pełnego brudu, smrodu, ubóstwa i śmierci. Nie, nikt lepiej przed nimi chyba tego nie zrobił. 

Na kartach książki otrzymujemy sporą dawkę wrażeń. Morderstw jest ci cała masa, a narzędzie zbrodni nie należy do zwyczajnych... Już na samym początku powieści idealnie zawiązuje się intryga kryminalna, a akcja nie zwalnia ani na minutkę. Non stop mamy do czynienia z tajemnicami, zagadkami. Bardzo spodobał mi się "dodatek" w postaci medycznej wiedzy. Oczywiście w owych czasach to ona tylko kiełkowała, ale fajnie było poznać to wszystko od podszewki. Medycyny mogłoby być dla mnie w książce jeszcze więcej, jednak nie narzekam, jest git!

Technicznie

Patrzę na okładkę, patrzę i nie mogę się nią nasycić. Serio! Według mnie jest genialna. Może nam już mówić o klimacie książki, który należy do mrocznych, wypełnionych tajemnicami. Na samym początku bardzo trudno mi było przestawić się na styl jakim posługują się autorzy. Jest on dosłownie naszpikowany archaizmami, ale pasujący do Edynburga z owych czasów. Potem jakoś do języka przywykłam, jednak nie zalecałabym czytania książki w pośpiechu, czy z włączonym w tle telewizorem. W powieści znajdziemy również sporo trudnych zagadnień, które zmuszają do myślenia i wymagają skupienia. No chyba, że jesteście tak genialni i macie podzielną uwagę ;) 
Główni bohaterowie nie są płytcy, bladzi i wepchnięci do fabuły na siłę. Mnie bardzo spodobała się kreacja Sary, która należy do ludzi ciekawskich, mądrych, a jednocześnie intrygujących. Oczywiście równie interesujący jest Raven, doszkalający się pod okiem mistrza Simpsona. Może w książce przesadzono z opisem przeszłości głównej postaci, ale to chyba jeden, jedyny minus całej powieści. Przynajmniej ja większej ilości niedociągnięć się nie doszukałam.

Podsumowując

Jeśli macie ochotę na dobry kryminał medyczny, to gorąco polecam wam I sprawisz, że wrócę do prochu. Pewnie przez wzgląd na klimat powieści tak mocno przypadła mi ona do gustu. Bo sama intryga kryminalna nie jest specjalnie pokręcona i myląca, więc gdzie drzemie ta tajemnicza siła, która zachęca do lektury? Książka nie pokazuje czytelnikowi tylko samych morderstw i łapania przestępców. To również obraz medycyny z owych czasów, a właściwie tego, jak ona się rodziła, na jakim stadium rozwojowym była w XIX wieku, właśnie w Edynburgu. Bardzo zainteresował mnie również wątek dotyczący życia kobiet w tamtym okresie. Autorzy wykonali więc kawał dobrej roboty. Jestem zadowolona, że książkę przeczytałam i że znajduje się ona w mojej biblioteczce.

Trup w sanatorium - Marta Matyszczak

Okładka książki Trup w sanatorium 
Cykl/Seria: Kryminał pod psem #6 
Autor: Marta Matyszczak
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Liczba stron: 320
Oprawa: miękka

Opis

 W świnoujskim sanatorium zostaje popełnione morderstwo. Traf chce, że w uzdrowisku zjawia się Szymon Solański, prywatny detektyw. Wraz z dziennikarką Różą Kwiatkowską wybrali się właśnie na pierwsze wspólne wakacje. Nie będzie im jednak dane wypocząć. Solański przyjmuje zlecenie odnalezienia zabójcy, a w śledczej pracy towarzyszy mu kundelek Gucio.
Sprawa śmierci kuracjuszki zatacza coraz szersze kręgi, by w końcu sięgnąć dramatycznych wydarzeń gorącego lata 1977 roku. Bohaterowie będą musieli zmierzyć się ze światem donosicieli, festiwalowej bohemy i z osobistymi porachunkami, które przyniosą krwawe skutki.

Kolejna zagadka do rozwiązania 

Tym razem skusiłam się na kryminał, ale w nieco innym, troszkę wakacyjnym wydaniu. Od razu zaznaczam, że Trup w sanatorium to moja pierwsza książka Marty Matyszczak, a jak pewnie wiecie, bądź zdążyliście doczytać, niniejsze dzieło stanowi szósty tom serii Kryminał pod psem. Wypuściłam się więc niczym pirat na nieznane wody, nie znając poprzednich części, nie wiedząc kto z kim, dlaczego i po co. Jednak wcale nie czułam się podczas tej lektury obco i nieswojo. Szybko nawiązałam nić porozumienia z autorką, zorientowałam się bez żadnych problemów w historii bohaterów. Jest tutaj również pies, a jak już taki gość pojawia się na kartach książki, to ja momentalnie muszę coś takiego przeczytać. Czy było warto poświęcić tej powieści chwilę cennego czasu? Myślę, że tak. Nie czytam kryminałów namiętnie, ale ten naprawdę przypadł mi do gustu. Wbrew pozorom ma on w sobie nutkę humoru. Czegoś takiego w kryminałach raczej nie spotykamy, prawda? No, więc Marta Matyszczak zafundowała nam w pewien sposób coś oryginalnego. 

Technicznie


Wraz z bohaterami podróżujemy do świnoujskiego sanatorium by... odnaleźć trupa jednej z kuracjuszek. Róża, Solański i oczywiście Gucio mają pełne ręce (łapy) roboty, więc o wypoczynku mogą sobie tylko pomarzyć. Nie znałam wcześniej tych osobistości, nie wiedziałam czy śląska para skradnie moje serducho i pozostanę im wierna aż do końca książki. Na szczęście zarówno pani dziennikarka, jak i detektyw dali radę i naprawdę bardzo ich polubiłam. Obydwoje tworzą niesamowicie zgrany duet, chociaż Róża, jak to kobieta, ma swoje fochy i trudniejsze dni. Jednak kiedy ta para stanie przed ważnym zadaniem do wykonania, zwady i kłótnie odchodzą w siną dal. Oczywiście nie mniej ważnym bohaterem jest kundelek Gucio. Cieszę się niezmiernie, że autorka pomyślała i o zwierzaku, jako jednej z głównych postaci. Akcja snuta jest dwutorowo. Narracja prowadzona jest w sposób ciekawy, ponieważ poznajemy całą sytuację z perspektywy różnych osób - nie tylko rodzaju ludzkiego. To wszystko sprawia, że książkę odbiera się z przyjemnością i bez żadnych kłopotów ze zrozumieniem treści.

Podsumowując

Trup w sanatorium to wymarzona pozycja literacka na aktualną pogodę za oknami. Jest ciepło, przyjemnie, więc taka lekka lektura sprawi nam jeszcze większą radość. Autorka potrafiła zręcznie połączyć kryminał z nutką zdrowego, dobrego humoru. Całość jednocześnie nie traci na atrakcyjności, książka wciąga i nie jest przewidywalna. Uwierzcie mi, że tutaj nie spodziewałam się żadnych fajerwerków. Ja nie znam się na kryminałach, więc pewnie trudno mnie zaskoczyć tak, bym po nocach nie spała, tylko rozmyślała o przedstawionej w książce zagadce do rozwiązania dla detektywów. Natomiast w Trupie w sanatorium urzekło mnie to inne podejście Matyszczak do samego gatunku jakim jest kryminał. Mamy tutaj bowiem lekkość, ale jest i także sporo zupełnie poważniejszych momentów. Miałam też wrażenie, że im bliżej do zakończenia tej historii, tym akcja robiła się cięższa, a i humor też drastycznie się zmienił. Niemniej, bardzo podobał mi się finał książki, którego nota bene nie mogłam przewidzieć. 

Trup w sanatorium angażuje czytelnika, wciąga go w wir wydarzeń i nie pozwala mu być obojętnym na przedstawioną tutaj historię. Jestem przekonana, że w najbliższym czasie sięgnę po pozostałe dzieła z tej serii, bo nawet nie wypada znać tylko ostatni, szósty tom ;) Nie byłabym też sobą, gdybym nie zwróciła uwagi na okładkę. Ta jest klimatyczna, kolorowa i po prostu piękna! Dobra, koniec tych zachwytów - zachęcam was do bestsellera Trupa w sanatorium Ot, po prostu tyle. 

Za egzemplarz dziękuję księgarni TaniaKsiazka.pl